WESOŁYCH ŚWIĄT
SŁONECZNEJ WIOSNY

Autor Wątek: I love...  (Przeczytany 1280 razy)

0 Użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline woti

  • rybak, ale nie tylko
  • Administrator
  • Ekspert
  • ****
  • Wiadomości: 657
  • A ja na to: 10
  • Płeć: Mężczyzna
  • Niech po mnie zostanie coś oprócz debetu.
    • absolwentar
I love...
« dnia: 20-08-2010, godz. 17:43 »
W zasadzie to powinno się to chyba czytać od końca... Ale może też być od środka? Nie wiem, nie potrafię zdecydować - zatem piszę w kolejności obrazów wyśnionych. Ostatecznego montażu dokonajcie jednak sami.

Jakieś miasto. Szczecin? Może być, szczególnie, gdy ktos zna widok w kierunku centrum spod bramy aresztu na Kaszubskiej. Albo może nieco bardziej na zachód - widok w osi Alei Piastów... W każdym razie aleja w starych, zielonych drzewach, a gdziej w dalekiej perspektywie kłebi się tłum.
Otwiera się metalowa brama, za którą teren musiał mocno opadać, ponieważ metalowe pudło transportera opancerzonego przeskakuje próg tak, jakby kierowca rozpędził je maksymalnie. Przez moment szary, kanciasty kolos unosi się ponad jezdnią, aby lądować jak samolot prowadzony przez niewprawnego pilota - skokami zwanymi w lotniczym slangu kaczką. Kiedy już masa żelastwa przywiera do ziemi, wielkie koła popychają transporter w kierunku tłumu. Otwiera się jeden z włzów i słychać stamtą:
- A czym my ich będziemy, dowódco?! Wodą?
Tymczasem zza skłębionego tłumu zaskakująco unosi się drapieżny helikopter. Każdy wie, że to maszyna zabójcza dla czołgów i innych pojazdów pancernych. Nie dziwota, że ktoś wrzeszczy na całe gardło, że zdaje się to rozsadzać zwątlałe (zwątpiałe?) nagle ściany SKOT'a:
- Grześ, odpalaj natychmiast! Obie rakiety! I dobrze celuj!
Zadymiło i od burt oderwały się, ciągnąc za sobą cienkie kreski drutu, dwa długie cylindry o ostrym grocie. Od razu wiedziałem, że kierowane... Co bedzie, gdy trafią w ten, na pewno załadowany amunicją i paliwem, helikopter, zawieszony nad tłumem?
W odpowiedzi z helikoptera wysypuje się chmura plakatów. Są w zdecydowanie kontrastowych odcieniach czerwieni i bieli. Napisano na nich:

I LOVE GORBATCHOW                    
Odnalazłem się na jakiejś pętli tramwajowej. Co prawda bardziej przypominała kolejową górkę rozrządową niż pętlę tramwajów, jednak zamiast wagonów kolejowych zdecydowanie były tam tramwajowe. Nawet miały pootwierane drzwi, choć nie stały na przystanku, ale ruszały z charakterystycznym zgrzytem kół i zaczepów. Biegiem, uważnie patrząc pod nogi, aby nie wyłożyć się na torach... Sprintem, aby zdążyć wskoczyć na pomost tramwaju z rozsuwanymi drzwiami...
Niemal odpuściłem, gdy zobaczylem blondynę w czarnym, tramwajarskim uniformie. Ona jednak szeroko uśmiechnęła się do mnie i podała mi rękę.
- Niech pan wskakuje, jeszcze pan zdąży...
- Ale nikt się do mnie nie przyczepi? - odpowiedziałem niezbyt grzecznie. I niezbyt sensownie, skoro sama władza tramwajowa w osobie konduktorki zacheca mnie do tego drobnego wykroczenia.
- Sie pan nie martwi. Przecież MY wiemy... MY zawsze potrafimy WAS rozpoznać - uśmiecha się szeroko i bardzo domyślnie. - Panowie przecież nie kasują biletów...
Dojechaliśmy na drugi koniec linii. Na pewno koniec, bo i tam "pętla", choć już nie tak przeładowana szynami, jak pierwsza, na której przyszło mi wskoczyć do wozu. Wysiadam i przyspieszonym krokiem zdążam ku "urzędowi wojewody". Widok jak z Wałów Chrobrego w Szczecinie, z tym jednak, że ja "wiem, że to w Warszawie". Po chwili ulga i zwalniam krok - widzę ostanie wejście do długiego budynku z czerwono-brązowej cegły. Portal okolony charakterystycznym szarym granitem. Ale to wszystko jest u stóp wzgórza, na którym stoję. Czy zdążę na "to" spotkanie?
Dopiero w połowie wzgórza dostrzegam szary chodnik i szare schody, którymi można wygodnie zejść do "moich" drzwi. Chodnikiem idzie kilka dziewczyn, roześmianych. Więc wyjmuję z kieszeni prostokąt telefonu komórkowego, rzucam go na trawę i wskakuję tak, jak można by wskoczyć na deskę snowbordową (albo katesurfingową). Z gracją zjeżdżam po wilgotnej, śliskiej trawie. Mijam oniemałe z wrażenia dziewczyny, a po dotarciu na dół zbiegam z "deski"... I budzę się :)
« Ostatnia zmiana: 20-08-2010, godz. 17:47 przez: woti »
Absolwenci - łączcie się!